czwartek, 6 lipca 2017

#7

   Słońce powoli budziło się do życia, jego promienie przeskakiwały sprytnie między białymi budynkami, które z lotu ptaka tworzyły okrąg. Stając gdzieś z daleka na górce miało się wrażenie, że budynki są zbudowane od najmniejszego do największego i tak w rzeczywistości było. Największy budynek znajdował się na środku miasta, gdzie swoją siedzibę miała Twierdza. Tam księżyc i słońce dostarczały informacje o przyszłości i narodzinach strażników. Coraz mniej było tych dobrych, ponieważ ludzie coraz bardziej kierowali swoje dusze ku demonom, ku potworom, które nawiedzają nas we śnie. Coraz mniej jest tych, którzy są w stanie obronić ludzi. Światła wschodzącego słońca tańczyły na budynkach budząc do życia ludzi. Powoli otwierały się małe straganiki, młodzi adepci Twierdzy wybiegali ze swoich akademików i kierowali swoje kroku ku terenom poza miastem, gdzie w spokoju mogli trenować. Jeszcze młodsi zasiadali w ławkach i uczyli się o przeznaczeniu, które kiedyś będzie nimi władać. Nikt nie mógł walczyć z przeznaczeniem, ponieważ szykowało to zawsze coś podłego, coś co sprawi, że w przyszłości można stanąć przed trudnym wyborem, ba przyszłość może nie nadejść.
   Klatka piersiowa zielonookiej strażniczki falowała przy szybkim, wściekłym oddechu, gdy patrzyła na trzech starców z twierdzy, których zadaniem było kontrolowanie, aby nikt nie zrobił czegoś, co nie należy do ich przeznaczenia. Słońce wpadało do wielkiej powoli oświetlając sylwetkę dziewczyny i trzech mężczyzn. Wszyscy mieli siwe włosy i jasne, niebieskie oczy, które patrzyły na Xanie chłodno i bez emocji. Ten wzrok jeszcze chwilę wcześniej, w innej sytuacji sprawiałby, że po jej plecach przeszedłby dreszcz strachu, ale teraz, gdy w jej głowie rodziła się myśl o utracie bliskiej osoby sprawiała, że miała gdzieś te osoby. Chciała tylko mieć pewność, że będzie mogła ją stamtąd zabrać. Dziewczyna była przytrzymywana przez dwóch strażników, wiedzieli bowiem, że ta osoba niezależała do spokojnych osób. Była wręcz wybuchowa, gdy chodziło o kogoś na kim jej zależało, gdy miała pewność, że jeśli nic nie zrobi to ktoś umrze. Szarpnęła się, gdy nie uzyskała odpowiedzi na temat bezpieczeństwa swojej przyjaciółki.
   — Co... mam robić? — zapytała czując jak ogarnia ją bezradność. — Muszę jakoś jej pomóc, muszę jakoś go do siebie przekonać —gdy mężczyźni nie czuli z jej strony oporu puścili ją, a ona upadła na kolana. Przyłożyła czoło do swoich rąk i zaczęła się modlić o siłę.
    — Xania twoim przeznaczeniem jest mądrość. Jesteś sprytna, zawsze wiesz jak sobie radzić, więc i tym razem sprostasz zadaniu. Nie możemy ci w niczym pomóc, przeznaczenie musi płynąć własną rzeką, a ty musisz wymyślić jak doprowadzić do tego, aby przyszłość się nie wydarzyła takim torem jaki znasz ze snów — odezwał się najstarszy z nich, który stał po środku przyglądając się z błyskiem zmartwienia postawie młodej strażniczki. — Wiemy, że sobie poradzisz. Taka jest twoja rola i wiemy, że będziesz w tym lepsza od niego — warga dziewczyny zadrżała na samą myśl o istnieniu tamtego chłopaka. Podniosła się, skłoniła lekko i odwróciła się by wyjść, ale zatrzymała się.
   — Czy... było coś... czy nadal muszę go zabić? — zapytała cicho, a mężczyźni wymienili spojrzenia, nic jednak nie powiedzieli, co dziewczyna uznała za odpowiedź twierdzącą. Opuściła twierdzę i ruszyła przez miasto przyglądając się uliczkom, które kiedyś przemierzała wraz z dwójką swoich przyjaciół. Miejscom, które należały do trzech muszkieterów. Oczami wyobraźni przywodziła obraz swojego brata, brata który nie żyje. Dotknęła dziury w ścianie, gdzie kiedyś skruszyła ziemię będąc wściekłą na zachowanie jej przyjaciółki, która nie chciała słuchać iż jednorożce nie istnieją. Pamiętała łzy w oczach blondyneczki na ten widok, pamiętała, że musiała ją gonić przez całe miasto, aby w końcu złapać ją i przeprosić. To wszystko powodowało, że jej serce drżało ze strachu. Jak miała to wszystko zrobić? Jak miała sobie poradzić skoro została sama? Ronnie odebrał jej ostatnią osobę, która była w stanie jakkolwiek jej pomóc.

   Sai siedział na lekcjach i gapił się w tablice pustym, nieobecnym wzrokiem. Myślał o swoich rodzicach, gdy tylko zamykał oczy widział jak ciemne, długie łapska wciągają ich w czarną przestrzeń, gdzie nie ma nic. Zastanawiał się, czy nadal żyją? Czy to, co pamięta z tamtej nocy jest tylko wyobraźnią, która zastępuje jego prawdziwe i bolesne wspomnienia? Może jego rodzice naprawdę uciekli zostawiając go samego? Może byli zmęczeni jego zachowaniem? Otworzył oczy, znowu był w swoim domu, znowu próbował się podnieść, ale nie mógł, gdy tylko siadał z tyłu pojawiała się mara, która obejmowała go mocno czarnymi rękami. Znowu krzyczał, a wtedy w pokoju pojawiała się dziwna wyrwa, z której wychodziły dwie dłonie potworów, które chciały go wciągnąć, ale wtedy pojawiali się jego rodzice i zostawali przez nie złapane. Obok wyrwy zawsze pojawiał się mężczyzna w brązowym płaszczu Sherlocka Holmesa i kapeluszu detektywa z czarno — białych filmów. Nie widać nic poza czerwonymi oczami, które świecą ostrzegawczo jak światła lamp drogowych. Szarpnięcie w okolicach pępka, które pojawia się, gdy jego przyjaciel pomaga się wybudzić mu z koszmaru. Nie rozumiał tego, ale coś w głowie po takiej sytuacji karze mu uciekać, ale widok przyjaciela powoduje, że nie robi tego.
   — Wujek Syriusz do mnie przyjeżdża. Powiedział, że nie pozwoli, abym mieszkał w takiej sytuacji sam — opowiedział zielonowłosemu tuż po skończonej lekcji.
   — Uhum — mruknął w odpowiedzi. — A co zrobisz z blondynką? — zagadnął od niechcenia.
   — A co mam zrobić? Zostanie u mnie póki nikt się nie znajdzie z jej rodziny. Nie zostawię jej przecież. Jest zbyt... niewinna i przestraszona — uśmiechnął się na samą myśl o dziewczynie, a Ronnie zmarszczył brwi czując wściekłość w sercu. Szybko się jej jednak pozbył. — Myślisz, że potwory mogą istnieć? — wypalił po dłuższej chwili milczenia i przyglądania się temu jak Die spala papierosa. Chłopak kaszlnął zaskoczony jego pytaniem.
   — Coś tam na pewno istnieje, ale czy są to potwory spod twojego łóżka nie mam pojęcia — wzruszył ramieniem i rzucił niedopałek na ziemię przydeptując go glanem. — Wracajmy chuderlaczku — przywalił mu z otwartej dłoni w plecy tak, że niższy od niego chłopak dał dwa kroki do przodu.
   — Au, poszedłbyś dzisiaj po lekcjach do mnie? Mam odebrać wujka ze stacji...

   Stanął pod domem Saia i przyglądał się oknu, gdzie siedziała teraz blondynka. Przynajmniej powinna tam być. Ronnie nieświadomie uśmiechał się zadowolony, gdy przyjaciel poprosił go o zajęcie się gościem z amnezją. Nie potrafił pozbyć się świadomości, że ta dziewczyna też była jego, że wszystko, co Twierdza ceniła było jego. Potrzebował tylko Xani, ale wiedział, że z nią tak łatwo nie było. Nie znał jej przeznaczenia, nigdy mu jej nie wyjawiła. Znał jedynie to, co ukradł, a mianowicie wspomnienia młodej strażniczki, która nic nie pamiętała. Póki ją kontrolował, dziewczyna nie powinna odzyskać pamięci. Wszedł po schodach na górę i od razu wszedł do pokoju Saia. Dziewczyna znowu obejmowała misia gapiąc się na ptaki za oknem. Dobrze wiedział, dlaczego nie chciała oddać pluszaka. Póki go trzymała nic jej nie zagrażało. Każdy ze strażników miał ten odruch nawet, gdy nie pamiętali, gdy byli po stronie zła. Puste spojrzenie niebieskich oczów skierowało się powoli na Ronniego. Ten widok przypominał mu sceny z horrorów, gdy małe dzieci patrzą na ciebie pustym spojrzeniem po chwili wypowiadając słowa rychłej śmierci. Jednak w tych oczach pojawił się strach i chłopak już wiedział, że dziewczyna zacznie krzyczeć, więc jednym susem pokonał odległość między drzwiami i łóżkiem, poleciał na nią potykając się o dywan i zasłaniając jej usta.
   — Ciiii — sapnął czekając na uspokojenie emocji, gdy tylko to się stało odsunął się powoli od nastolatki i przyglądał się jej zachowaniu.

Przepraszam, że akcja taka wolna, ale myślę, że od następnego rozdziału powinno iść szybciej...